niedziela, 30 grudnia 2012

Grudniowa aktualizacja włosowa

Koniec miesiąca się zbliża, wraz z nim koniec roku, czas więc na podsumowania i postanowienia. Jutro zabiorę się do tego na poważnie, dzisiaj jednak rozliczenie z moimi włosowymi planami :).

TUTAJ pisałam, co takiego mam zamiar wyczyniać. Jak wyszło?

Udało mi się:
* Do mycia używać facelle - jestem zadowolona, tym bardziej, że jest to produkt bardzo wszechstronny (idealny do mycia ciała, twarzy), ale nie jest to zachwyt. Niesamowicie plątał mi włosy, z czym radził sobie Garnier AiK i Biovax, ale maski Alterry już nie. Rozczesywanie było katorgą...
* Stosować maski i odżywki d/s po każdym myciu oraz nakładać odżywki b/s do zabezpieczenia
* Nie stylizować włosów. Odpuściłam sobie ugniatanie, nakładanie żelu i podkreślanie skrętu. Skupiłam się na regeneracji :).
* Używać olejku rycynowego. Dodawałam go do maseczek, wzbogacając je. Jeszcze nie zagościł na moich włosach w czystej postaci.
* Nałożyć maseczkę z nafty kosmetycznej i żółtka.... i powiem tak: nigdy więcej. Żółtko zrobiło z moimi włosami jakieś totalne zamieszanie, mimo że wszyscy wychwalają je za niesamowite walory.

Nie udało mi się:
* Użyć wody brzozowej. Stoi nieruszona w szafce. :)
* Kupić kozieradki, bo totalnie o tym zapomniałam.

Doszłam do wniosku, że wolę swoje włosy rozczesane, gładkie, miękkie w dotyku i jednocześnie wykręcające się na wszystkie strony niż oblepione żelem, splątane, ale za to z pięknymi lokami. Nie wiem, czy jest sens podkreślać skręt za wszelką cenę...

Włosy na dzień dzisiejszy, zdjęcie z lampą:
Wygładzone odżywką Joanna Naturia, tą żółtą. Po całonocnym olejowaniu olejkiem z pestek winogron .

Plany na styczeń:
1. WRESZCIE POZBYĆ SIĘ TEGO KOSZMARNEGO BALEJAŻU. Wracam do ukochanego brązu, zamówiłam już sobie hennę, której wręcz nie mogę się doczekać.
2. Przed każdym myciem nakładać na całą noc olej na długość (z pestek winogron) i skalp. Do tego będę używać olejku stymulującego wzrost włosów Khadi, który dostałam w prezencie urodzinowym od mojego kochanego Karolka. Marudziłam mu bardzo długo a on cały czas mówił, żebym dała spokój, bo w życiu mi czegoś takiego nie kupi. Jakie było moje zdziwienie, kiedy jednak go dostałam. Niespodzianka była niesamowita!
3. Wrócić do picia drożdży i zmierzyć wreszcie, czy faktycznie przyspieszają porost.
4. Jako, że facelle mam już na wyczerpaniu, przetestować do mycia włosów jakiś z szamponów Alterry.
5. Nakładać maski, odżywki, olejki, dbać o włoski i ich nie niszczyć :)

sobota, 29 grudnia 2012

Recenzja maty iFit - tanecznej i fitness

Dzisiaj chciałam Wam napisać o najbardziej trafionym prezencie, jaki znalazłam pod choinką. Mam na myśli matę fitness :). Zdecydowałam się napisać jej dokładną recenzję, bo właściwie za wiele o niej nie można znaleźć w internecie. Może akurat uda się mi się pomóc komuś, kto będzie się zastanawiał nad jej zakupem.

iFit Usb Tv Game - Your Personal Trainer to połączenie maty do tańczenia, gier rozrywkowych oraz różnego rodzaju ćwiczeń. Cała zabawa tkwi w fakcie, że nic nie da się zrobić siedząc w miejscu - potrzebny jest ruch! Gra wymaga od nas stawania na określonych polach, co pozwala zdobywać punkty... Ale zacznijmy od początku.


Matę wystarczy podłączyć do telewizora oraz do kontaktu, nie jest potrzebna żadna instalacja. Do wyboru mamy 5 trybów: taniec, ćwiczenia, gry rozrywkowe, gry symulujące lekkoatletykę oraz bieganie.

Taniec - najprostsza forma zabawy i chyba też najbardziej znana. Polega na stawianiu nogami na określonych polach (strzałkach) w zależności od tego, co pojawia się aktualnie na ekranie telewizora. Z racji tego, że mata jest dwuosobowa, można rywalizować ze znajomymi. Daje niesamowicie dużo zabawy :). Jak do tej pory, Karol ciągle mnie pobija (z resztą, jak w większości gier. Ja wygrywam z nim tyko w scrabble i SingStar). Piosenek nie jest za wiele, ale do wyboru mamy 3 poziomy trudności, co też urozmaica grę. Trzeba też powiedzieć, że nie są to znane przeboje, tylko proste piosenki stworzone na potrzeby gry. Plusem jest fakt, że strzałki jakie mamy naciskać nie pojawiają się przypadkowo, ale w rytm muzyki.



Ćwiczenia - mój ulubiony tryb maty. Wybieramy, jaki rodzaj nas interesuje (do wyboru jest joga, ćwiczenia siłowe itp.) a następnie staramy się naśladować ruchy postaci. Przy tym wszystkim nasz "trener" analizuje postawę i w razie, gdy robimy coś źle, wyświetla się odpowiednia informacja. Możliwe jest wykonywanie całego programu treningowego lub pojedynczych ćwiczeń. Można również wybrać sobie ulubione ćwiczenia i samemu ułożyć odpowiadający nam plan. Na ekranie mamy wyświetlaną informację o ilości spalonych kalorii a także pozostałym czasie ćwiczeń oraz powtórzeń.
W menu mamy możliwość wpisania swoich danych - tj. wagi, wieku, aktywności ruchowej, co precyzyjniej oblicza spalone kalorie. Niestety, nie ma możliwości stworzenia kilku profili, ale mnie wielkiej rożnicy to nie robi, bo tylko ja korzystam z tego trybu.
Joga niesamowicie mnie urzekła, tym bardziej że w tle leci spokojna, relaksująca muzyka. Z pewnością dołączę ją do mojego tygodniowego planu ćwiczeń (poza tym, mam ten punkt na swojej liście 101 w 1001).


Gry rozrywkowe - z tego co pamiętam, jest ich 7. Nie wszystkie jeszcze sprawdziłam, ale jest tam mój ukochany tetris (jestem mistrzem!), parę gier zręcznościowych i również wyścigi samochodowe. Ciekawe - należy usiąść na macie, nogą dodajemy gaz i hamujemy (naciskając na odpowiednie pola) a rękami skręcamy. Niesamowicie śmiesznie to wygląda.

Gry symulujące lekkoatletykę - ot, taka zabawa. Mamy kilka rodzajów do wyboru -  rzut dyskiem, bieg na 100 metrów, skok wzwyż i tym podobne. Grałam parę razy, ale nie rzuciło mnie na kolana, może dlatego, że nie jestem fanem tego typu sportów ;). W każdym razie, lepsze to, niż siedzenie w bezruchu i klikanie w klawisze.


Bieganie - tu chyba nie trzeba za wiele tłumaczyć. Truchtamy sobie w miejscu, a na ekranie pojawia się nasza postać na ścieżce wśród zielonego terenu :) i w zależności od tego, jak szybko biegamy, porusza się po ekranie. Jeśli jesteśmy dostatecznie dobrzy, możemy wyprzedzić nawet inne postacie, które również oddają się przyjemności biegania. Na ekranie widnieje informacja o ilości spalonych kalorii a także prędkości, jaką udaje nam się osiągnąć.


Mata jest tylko w jednej wersji językowej - po angielsku. Przy grach nie robi to za wielkiej różnicy, ale w wypadku ćwiczeń podstawowa znajomość języka jest wymagana. Oczywiście można robić je na wyczucie, starając się naśladować postać, ale dużo szczegółów nasz osobisty trener nam po prostu mówi. Mnie to nie przeszkadza w żadnym stopniu, bo na tyle język znam.
Podsumowując: polecam taką matę każdemu miłośnikowi ruchu. Jestem z niej niesamowicie zadowolona i bardzo dziękuję aniołkowi za prezent (kochani rodzice <3).


Już niedługo kolejna recenzja, również czegoś, co pomaga spalić kalorie w formie zabawy, ale tym razem zdecydowanie bardziej muzycznie... :)

piątek, 28 grudnia 2012

Jak się zmotywować?

W odchudzaniu i realizowaniu praktycznie wszystkich postanowień przychodzi taki moment, kiedy opada pierwsza ekscytacja i wytrwanie na dobrej drodze staje się coraz trudniejsze. Czasem dopada nas lenistwo, czasem brak efektów skutecznie nas demotywuje. Co robić w takiej sytuacji?

Dobrym pomysłem jest napisanie wcześniej listu do siebie, na wypadek gorszego dnia. Sami wiemy najlepiej, jak do nas dotrzeć - mogą to być ostre słowa, ale też konkretne argumenty, które mają nas zniechęcić do zjedzenia kolejnego ciastka czy sprawić, że z chęcią pójdziemy ćwiczyć. Na sukces trzeba pracować długo a chwila załamania może naprawdę wiele zniweczyć i będziemy musieli zaczynać od nowa.


Poza tym, przyda się w otoczeniu ktoś, do kogo można się zwrócić w chwili słabości. Ja mam Ewelinę - która jest moją osobistą łopatką. Wykopuje z każdego dołka i skutecznie motywuje do zachowania swoich postanowień. Czasami nakrzyczy, czasem wyzwie od grubasów (:*), czasami wytłumaczy dokładnie, że nie powinnam się czymś przejmować. Wiem, że mogę na nią liczyć i to też pomaga. Polecam, każdy powinien mieć w otoczeniu taką łopatkę :)

Wiem, że sporo osób motywuje się oglądając obrazki/zdjęcia. Niektórzy zakładają nawet foldery, gdzie wrzucają pliki z dziewczynami posiadającymi super figurę, zdjęcia metamorfoz które udowadniają, że można i da się uzyskać wymarzoną sylwetkę. To samo tyczy się włosomaniaczek - zdjęcia zadbanych i pięknych włosów skutecznie motywują do nałożenia maseczki czy olejku. Mnie najbardziej pomaga czytanie blogów, czy to o odchudzaniu czy pielęgnacji - zawsze po tym mam w sobie nową energię do dbania o siebie. Zdjęcia też potrafią nieźle zachęcić :)


Jakie jeszcze macie sposoby na wytrwanie w dążeniu do celu? Jakie motywacje możecie mi polecić? :)

czwartek, 27 grudnia 2012

...i po Świętach :)

Tegoroczne Święta były, nie przesadzając ani trochę, najpiękniejsze w moim życiu. Po pierwsze - dlatego, że spędzałam je z Karolem i Amelią, po drugie - miałam okazję spotkać się praktycznie z całą najbliższą rodziną i po trzecie - w tym roku moja rodzina była już dwa razy większa :).
Wigilię spędzaliśmy u naszych mam - najpierw pod 14 (moi rodzice), później pod 15 (rodzice Karola). W Boże Narodzenie udaliśmy się do rodzinki z Piskorzówka, wieczorem do rodziców Karola, gdzie była rodzina z Kotowic. Drugi dzień świąt spędziliśmy u moich rodziców, gdzie zjechała się cała rodzina mojej mamy - Nowa Ruda, Kłodzko i Słubice. Z tego, co wyliczyłam, w sumie spotkaliśmy około 30 osób. :)

Jestem niesamowicie zadowolona, szczęśliwa i zmęczona. Cały ten czas upłynął w bardzo miłej, rodzinnej atmosferze, zamieszanie było jednak nieziemskie i trochę dało się nam we znaki - szczególnie Amelii. Jak to mówią: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej - cisza naszego mieszkania po powrocie była niesamowicie odprężająca.
Jak część z Was zapewne wie - uwielbiam dekoracje, szczególnie stołu. Kolacja wigilijna jest najbardziej odświętną w całym roku, dlatego nie wyobrażam sobie usiąść przy stole z białym obrusem i bez żadnych dodatków. Razem z mamą zadbałyśmy o elegancki wystrój - stawiając na biel z błękitem.
Pasy na stole są szyte przez mamę, a serwetki, stroik i dodatki wykonałam ja.

W moim mieszkaniu dekoracje są w kolorach srebrno-granatowych, tak jak cała choinka (kokardki robione własnoręcznie!). Amelcia szaleje na widok świecących lampek i chętnie ciągnie za łańcuchy i bombki, jeśli podejdzie się z nią blisko choinki.



Jest też trochę lampek na oknach. W najbliższych dniach posiedzę jeszcze trochę nad stroikami, bo zwyczajnie zabrakło mi czasu na zrobienie wszystkiego, tym bardziej że Amelcia najbardziej lubi zasypiać przy mamie :). Świeczniki powyżej zrobione są z odwróconych kieliszków do wina - w środku znajduje się żywa gałązka i sztuczny kwiatek. Do tego świeczka, wstążka, serwetka - i gotowe. Mam jeszcze stroik na drzwiach, który muszę sfotografować i trochę żywych gałązek w wazonikach. Całe mieszkanie jest czyste i bardzo odświętne.

Poza tym, jestem mile zaskoczona tym, co o mojej figurze powiedziała waga łazienkowa. W drugi dzień świąt, po całym tym obżarstwie, pokazała 54 kg. I nawet kilka osób zwróciło mi uwagę na to, że schudłam! Od startu straciłam już 5 kilogramów, jestem więc bardzo zadowolona. Kolejne zejdą z pewnością w tempie ekspresowym, tym bardziej że pod choinkę dostałam fantastyczny prezent, który mi w tym pomoże (napiszę o nim niedługo, jak już zostanie przetestowany). W ogóle, w tym roku dostaliśmy same trafione prezenty ;)

Powoli nadrabiam wszystkie zaległości poświąteczne - w tym czasie unikam internetu - udało mi się już zmienić szablon na blogu (który lepszy? Osobiście wolę ten obecny) i odpisać na wiadomości. W najbliższym czasie na pewno w końcu przyłożę się do bloga, obiecuję.

czwartek, 20 grudnia 2012

Już nie jestem nastolatką.

Dzisiaj są moje urodziny, dwudzieste. Z tej okazji nie będę robić żadnych podsumowań i nie zamierzam pisać o tym, jak czas szybko mija.

Dwadzieścia lat temu w Bystrzycy Kłodzkiej, o siódmej pięćdziesiąt pięć, moja kochana mama zobaczyła mnie po raz pierwszy. Po trudzie porodu, dziewięciu miesiącach oczekiwania, wzięła mnie w końcu w ramiona. Myślę sobie, że podczas swoich urodzin wypada też pomyśleć o mamach - dla których ten dzień na pewno jest wyjątkowy, ale i nie bez bólu i wyrzeczeń. W końcu wtedy wszystko się zmieniło - skończyło się beztroskie życie, zaczęły obowiązki i odpowiedzialność, która będzie trwać już do końca życia.

Jestem mojej mamie całkowicie wdzięczna za to, że mnie urodziła. To takie błahe, ale chyba za rzadko za to dziękujemy. Oprócz tego, że pojawiłam się na świecie - jestem wdzięczna za to, jakie miałam/mam życie. Za wszystko, co mi dała.


Mogę bez problemu nazwać mamę najlepszą przyjaciółką - oczywiście z zachowaniem do niej szacunku i granic rodzic-dziecko. Zawsze przy mnie była. Pomagała mi rozwiązywać problemy, motywowała do pracy nad sobą i nie pozwalała się użalać, co tak bardzo lubiłam robić. Nauczyła mnie szacunku do innych osób, dziękowania i proszenia. Dzięki Niej związałam swoje życie ze śpiewem, muzyką - to moja mama zaproponowała mi dołączenie do chóru, co wspominam bardzo miło. To dzięki niej zdecydowałam się na prowadzenie chóru w Wierzbnie i to Ona mi w tym pomaga. Zasługą mojej mamy jest to, że potrafię coś tam ugotować i zrobić w domu (chociaż nie jest to nawet połowa Jej umiejętności).

Przy tym wszystkim - pamiętam noce, w których śmiałyśmy się jak szalone z powodu nagrywanych piosenek i jak dostawałyśmy takiej głupawki, że nie mogłyśmy się opanować. Oglądanie LOST po nocach, aż do zdarcia płyty, wspólne pisanie na kartce planów przedświątecznych, godzinne rozmawianie przez telefon teraz, kiedy już mieszkamy sami. Podziwiam moją mamę za to, jak silną jest kobietą. Za to, jak wiele potrafi znieść, jak bardzo walczy o dobro swoich dzieci i jak mocno je kocha.

Szanuję moją mamę jak nikogo innego na świecie i jest ona dla mnie największym autorytetem. Nikt tak, jak Ona nie potrafi "reklamować" zakupionych środków czystości i cieszyć się ze sprzątania. Nie znam drugiej osoby, która jest tak wrażliwa i uczuciowa, ale jednocześnie ukrywa to i jest silna, żeby być oparciem dla reszty.  Moja mama jest pełna ciepła, inteligentna i utalentowana.

Jestem naprawdę ogromnie szczęśliwa, że mam taką cudowną i niesamowitą mamę. Wiem, że pisałam o tym na photoblogu, ale naprawdę, moja mama zasługuje na tysiące takich wpisów z podziękowaniem i miliony uścisków za to, co dla mnie zrobiła. Kocham Cię mamo. Dziękuję, że jesteś! Najlepsze życzenia z okazji jutrzejszych urodzin!

środa, 19 grudnia 2012

Pielęgnacja maluszka



Znów mam mało czasu na blogi i internet, święta zbliżają się zdecydowanie za szybko i pochłaniają mnie bez reszty. Prawie całe mieszkanie mamy już generalnie sprzątnięte, kartki wysłane, ciasteczka upieczone, prezenty czekają na zapakowanie. Mam też za sobą ostatnią próbę z chórem - wczoraj ćwiczyliśmy kolędy w bardzo miłym nastroju. Trochę czasu muszę jeszcze poświęcić na dekoracje świąteczne, chociaż część leży już i czeka na swoją kolej. :) Między Świętami a Sylwestrem postaram się znaleźć chwilę, żeby nadrobić wszystkie blogowe zaległości i w końcu zmienić szablon. Tymczasem notka, którą napisałam jakiś czas temu i czekała na publikację. 


Dużo pisałam o swojej pielęgnacji, tym razem chciałam napisać troszkę o tym, jak dbam o moją Amelcię. W przypadku dziecka wyznaję zasadę „minimum to wystarczająco” i nie przesadzam z ilością kosmetyków. Moim zdaniem nie ma sensu przyzwyczajać skórę do wielu produktów, zwłaszcza w przypadku takiego maluszka. :)

Czego używam/używałam?
·         Oliwka Babydream, o której już pisałam TUTAJ. Do masażu lub na główkę. Nie jest jednak naszym codziennym kosmetykiem, bo nie widzę potrzeby tak częstego natłuszczania skóry maleństwa. W wypadku przesuszenia skóry na pewno po nią sięgnę, jeśli się pojawi.
·         Żel do mycia 3 w 1 – Johnson's Baby. Dodaję do wody i robię pianę, której używam do mycia. „Brudniejsze” miejsca myję dodatkową ilością płynu (a Amelia śmieje się jak szalona, kiedy zabieramy się za szyjkę :D).
·         Chusteczki nawilżające babydream - przy zmianie pieluszki. Staram się też nie używać ich za każdym razem i do mycia użyć po prostu wacika z wodą/płynem do mycia.
·         Maść Bepanthen/krem pielęgnacyjny sudopanten z jakiejś próbki  – jeżeli zauważę zaczerwienienie na pupie i TYLKO WTEDY. Jestem przeciwniczką smarowania pupy przy każdej zmianie pieluszki, tym bardziej jeśli używa się mocnej maści czy kremu. Kremu używam, jeśli coś się dzieje. W przypadku większego zaczerwienia lub gdy coś mnie zaniepokoi (co zdarza się bardzo, bardzo rzadko), używam sudocremu. Podkreślam: muszę mieć do tego naprawdę poważne powody. Mam malutką próbkę i do tej pory jej nie zużyłam nawet w połowie. Na półce stoi też wielkie opakowanie Sudomaxu, od mamy Karola, którego nawet nie otworzyłam – bo nie było potrzeby. Moim zdaniem najlepszym "kosmetykiem" do pupy jest po prostu powietrze, czyli wietrzenie. Jak widać, moja filozofia się sprawdza, bo przez 5 miesięcy Amelcia nie odparzyła się ani razu. :)
·         Krem bambino z tlenkiem cynku – na buzię przed spacerem podczas zimowej pogody. Póki nie nadeszły mrozy, też nie smarowałam, bo nie było moim zdaniem takiej potrzeby.
·         Oilatum – do co drugiej kąpieli w pierwszym miesiącu, kiedy Melcia miała suchą skórę zamiast płynu do mycia. Fantastycznie pachnie i niesamowicie nawilża. Aktualnie nie używam. Czeka na sytuację awaryjną.
·         Sól fizjologiczna – do przemywania oczka, kiedy ropiało. Aktualnie nie używam, bo z oczkami nic się nie dzieje :). Trzymam ją też w razie kataru do noska.

Jak widać, zestaw jest minimalny, ale w moim przypadku się sprawdza. Tak samo było z pępkiem Melci, za radą położnej nie smarowałam żadnym spirytusem czy innym świństwem, po prostu utrzymywałam go w suchości. Odpadł po tygodniu i zagoił się od razu, bez żadnego paprania. Czasem mniej znaczy po prostu lepiej :)

czwartek, 13 grudnia 2012

Prezent dla mamy i maluszka.

Koleżanka urodziła, jest już z dzidziusiem w domu, planujemy ją odwiedzić i z tej okazji chcemy jej coś podarować. Tylko pytanie: co takiego? Nawet, jeśli nie masz żadnego doświadczenia z małymi dziećmi, możesz wybrać coś, co na pewno im się spodoba.  Dzisiaj wpis, który na pewno ułatwi kupowanie prezentów dla świeżo upieczonych mam i ich maleństw. Wypowiadam się jedynie bazując na swoim doświadczeniu, weźcie to więc za subiektywny przegląd pomysłów.

Prezenty praktyczne
Według mnie, najlepiej sprawdzającym się prezentem są… pampersy! Wiadomo, że używa się ich sporo i trzeba je kupować naprawdę często (zwłaszcza w pierwszych miesiącach). Tego rodzaju podarunek na pewno odciąży kieszeń rodziców i chociaż zostanie w krótkim czasie zużyty, na pewno nie będzie przyjęty bez wdzięczności. Kwestia rozmiarów i rodzajów: lepiej kupić za duże, niż za małe. Jeśli dziecko ma już miesiąc, weź rozmiar 2. Lepiej nie kupować jedynek, bo po pierwsze: rodzice często kupują spory zapas. A po drugie: na dwójki można przerzucić się bardzo szybko. Na allegro można też znaleźć pampersy pakowane w piękne bukiety – łączymy praktyczne z walorem estetycznym.
Równie dobrze sprawdzają się chusteczki nawilżające (tu uwaga, bo niektóre mamy mogą być wybredne i nie lubić konkretnego rodzaju, najlepiej spytać) i wkładki laktacyjne, których też sporo schodzi, zwłaszcza przy nawale.


Zabawki
Wciąż jednak sporo osób stawia na zabawki, bo wiadomo – od przybytku głowa nie boli. Jest to równie dobry pomysł, pod warunkiem, że przestrzega się kilku zasad:
·         Tanie, chińskie zabawki są czasami niebezpieczne. Lepiej zdecydować się na coś sprawdzonego producenta, co posiada wszystkie niezbędne atesty. I tu mówię z doświadczenia, bo miałam przykrą sytuację z zabaweczką, która przytrzasnęła Amelii paluszki. Na szczęście nic im się nie stało i pomogło utulenie w ramionach mamy, ale teraz już używamy jej jedynie pod moim nadzorem (co jednak nie zmienia faktu, że zabawkę tę lubię chyba bardziej od Melci :D).
·         Warto dopasować zabawkę do wieku maluszka: w pierwszych tygodniach, kiedy dziecko jeszcze nie chwyta, sprawdzą się wszelkiego rodzaju karuzele, zabawki z kontrastującymi kolorami, które można zawiesić nad łóżeczkiem bądź wózkiem. Później przyjdzie czas na lekkie gryzaczki lub plastikowe grzechotki do pierwszego chwytania. Dobrze jest zwrócić uwagę na ich kształt: czy mała rączka będzie mogła je bez problemu złapać. Sprawdzi się też wszystko, co miękkie, pluszowe. Dopiero w następnych miesiącach możemy interesować się dużymi grzechotkami, klockami i resztą całego asortymentu.


Prezent dla mamy
Są osoby (i chwała im za to!), które chciałyby podarować coś mamie, niekoniecznie związanego z macierzyństwem. I bardzo dobrze, bo sama pamiętam, jakie to było miłe. :) Niesamowitą niespodziankę zrobiły mi Ola i Monia: dostałam od nich peeling cukrowy domowej roboty i kule do kąpieli. Sprawiły mi dużo radości, poza tym pozwoliły zrelaksować się w łazience po wyczerpującym dniu. Jestem w ogóle wielką zwolenniczką prezentów własnoręcznie robionych, bo wtedy widać, jak bardzo komuś zależało. Zawsze przedłożę ręcznie robioną kartkę urodzinową nad kolejny zestaw dezodorant + balsam do ciała w pudełku. :)
Myślę, że w tej kwestii możecie spokojnie naśladować moje niezastąpione przyszłe druhny. Peeling, sól do kąpieli, płyn, kule, wszystko, co pięknie pachnie i relaksuje.

Pamiątki
Jeśli zależy Ci na prezencie, którym maluszek będzie mógł cieszyć się za kilka/kilkanaście lat i dodatkowo będzie ładną pamiątką. Tego typu prezenty generalnie daje się na Chrzciny, Roczek i tego typu podniosłe uroczystości.
·         Album typu „moje dziecko” – do wpisywania najważniejszych przeżyć w życiu maluszka, pierwszych zdjęć, słów, z miejscem na wklejenie zdjęcia z usg i kopertą na pierwsze włoski. Coś niesamowitego! Amelcia dostała taki od swojej Chrzestnej a ja sukcesywnie go uzupełniam, poza tym sama mam w domu taki album, który wypełniała mi moja mama. Czyta się go z nostalgią.
·         Medalik z grawerem – również prezent od Chrzestnej. Moja córeczka dostała medalik z aniołkiem i napisem „Amelia” na rewersie. Coś pięknego ;)
·         Album na zdjęcia – jeśli rodzice lubią je robić. Do naszych albumów wklejam zdjęcia córeczki z każdego dnia życia, póki co mam w planach kontynuować to przez rok, ale kto wie, może pokuszę się o dłuższy okres czasu… :)

Strasznie długi post z tego wyszedł a i tak nie wypisałam wszystkiego, co chciałam. A jakie są Wasze pomysły na prezenty dla mam i pociech? A może, jako mamy, dostałyście coś z czego jesteście szczególnie zadowolone?

wtorek, 11 grudnia 2012

Druga szansa dla kosmetyków



Mam zalegający w szafce balsam do ciała, którego nie używam, bo przeszkadza mi w nim parę aspektów. Po pierwsze: oblepia skórę i bardzo długo się wchłania. Po drugie: zapach jest intensywnie słodko-miodowy, nie przypadł mi do gustu. Wyczuwalny był na skórze przez długi, długi czas po nałożeniu. Został przeze mnie i znajomych nazwany „śmierdzącym balsamem” i wylądował na dnie szafki. Staram się jednak zużywać zalegające kosmetyki, szczególnie te, którym zbliża się termin ważności. Postanowiłam więc go ulepszyć.


Dodałam do słoiczka dużą ilość cukru, odrobinę oliwkiBabydream i cynamon, żeby zapach można było tolerować chociaż podczas aplikacji. I używam jako peeling do skóry ciała (poza twarzą). Jakie wrażenia?


Zdecydowanie lepszy, niż samodzielnie. Odpowiednio natłuszcza, ujędrnia skórę i poprawia jej stan. Aktualnie „śmierdzący balsam przeżywa drugą młodość :). Stoi na półce w łazience i używam go konsekwentnie przy każdym myciu. Planuję podobne czary wykonać w innymi, zalegającymi kosmetykami.

       *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *       

Ostatnie dni mijają mi pod znakiem przygotowań przedświątecznych - robimy w naszym mieszkaniu generalne porządki, kompletuję dekorację a wczoraj wzięłam się za robienie kartek. Największy komplement powiedział mi mój braciszek - "One wyglądają, jakby były kupione". Uznałam to za objaw profesjonalizmu (i cieszyłam się jak głupia). Uwielbiam całe to zamieszanie związane ze Świętami i w tym roku cieszę się nieco mocniej, bo to pierwsze nasze wspólne Święta. Już widzę, jak Amelia będzie się cieszyć na widok lampek na choince :).

Co do tematu mojego odchudzania i walki o figurę - trochę to zaniedbałam w ostatnim czasie usprawiedliwiając się chorobą i milionem innych czynników, ale moja niezastąpiona i kochana mama skutecznie zmotywowała mnie do podniesienia się i nie rezygnowania z planów. Wracam więc do diety (zdrowego trybu życia), odrzucam fastfoody i wprowadzam do programu dnia więcej ćwiczeń (ZUMBA!). 

Poza tym, chciałabym zdementować plotkę, która krąży po Wierzbnie - NIE JESTEM W SZPITALU. Nie mam też zapalenia płuc. Nie jestem poważnie chora, właściwie już powoli zdrowieję. I z Amelią też jest wszystko w porządku :). Także nie macie się o co martwić! Tak to jest, jak jeden drugiemu coś powtórzy a on powie dalej swoją wersję... powstają rzeczy zupełnie niezgodne z prawdą.

Jeśli chodzi o moją listę 101w1001 - udało mi się popracować nad paroma punktami. Staram się codziennie słuchać innej stacji rmfon,sprzątam szafeczkę przy biurku i dzisiaj będę robić ciasteczka na choinkę. :) Okazało się też, że Mikołaj również zagląda na mojego bloga, bo obdarował mnie wymarzonymi pończochami. Dziękuję Mikołaju! :*

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Produkt do zadań specjalnych - oliwka Babydream

Moje przeziębienie okazało się być zapaleniem zatok, czemu mnie to nie dziwi? W każdym razie, dzisiaj jest już lepiej, bo infekcja zeszła na dolne drogi oddechowe i zamiast wręcz eksplodującego bólu szczęki i twarzy, męczę się ze zwyczajnym mokrym kaszlem. Przez moją niedyspozycję zaniedbałam trochę bloga, ale postaram się to naprawić w najbliższym czasie, bo mam kilka pomysłów na notki. :)


Miałam już jakiś czas temu napisać o tym kosmetyku, bo dawno nie spotkałam się z tak wszechstronnym produktem. Mowa tu o oliwce Babydream, do kupienia w każdym Rossmannie za śmiesznie niską cenę: 6,49. Jestem niesamowicie z niej zadowolona i na pewno będę jej stałym kupcem. Jak ją używałam do tej pory?



* Do masażu - przez długi okres po każdej kąpieli robiłam Amelii masaż. Oliwka idealnie się do tego nadała, ułatwiła poruszanie się po skórze malutkiej. Poza tym, Melcia miała suchą skórkę w pierwszych miesiącach, pani pediatra wpisywała to notorycznie w kartę aż do momentu użycia tej oliwki: skóra stała się nawilżona i do tej pory taka została.

* Na główkę - jeżeli zauważam na skorze głowy Melci chociaż najmniejszą skorupkę, nakładam na nią dużą ilość oliwki, zostawiam na kilka godzin a następnie wyczesuję miękką szczoteczką. I główka wraca do prawidłowego stanu. Dzięki temu ciemieniuchy nam nie straszne! Pilnuję tego szczególnie mocno, bo do ciemieniuchy mają skłonność alergicy a z racji tego, że mam alergie i astmę, Melcia ma spore prawdopodobieństwo odziedziczyć je po mnie... (swoją drogą, wolałabym żeby odporność i zdrowie odziedziczyła po Karolu, którego jeszcze nigdy nie widziałam poważnie chorego - a wychodzi bez szalika, czasem bez czapki, podczas gdy ja jestem cała opatulona i wiecznie łapię jakieś choroby).

* Do ciała - dla siebie, dla odmiany. Nawilża i koi skórę. Również np. tą pod noskiem po częstym używaniu chusteczek higienicznych :). Dodatkowo, trzeba się "namęczyć" aby wetrzeć ją w skórę, co zmusza do dokładniejszego masażu skóry - tylko na plus.

* Na włosy - jako olejek. Nakładam na suche włosy na długość, pozostawiam na całą noc i zmywam. Bardzo dobrze na nie działa, są miękkie i błyszczące, widać że wpływają na regenerację.

* Po depilacji - nie znam innego produktu, który działałby lepiej. Łagodzi podrażnienia, likwiduje uczucie suchości, nawilża pierwszorzędnie. Polecam szczególnie, jeśli ktoś jak ja używa depilatora lub maszynki elektrycznej. Nie tylko dla kobiet :)

* Do kąpieli - czasami dodaję do wody podczas kąpieli Amelii, czasami do swojej kąpieli jeśli nie chce mi się po myciu poświęcać czasu na nawilżanie skóry - dobry patent dla leniwych, żeby zaoszczędzić na czasie, ale jednocześnie zadbać o skórę.


Podsumowując, moim zdaniem to punkt obowiązkowy w kosmetyczce każdej kobiety - nie tylko mamy - z racji tego, że sprawdza się w wielu sytuacjach a naprawdę nie kosztuje wiele. Szczerze polecam! :)

środa, 5 grudnia 2012

Moje sposoby na przeziębienie.

Temat trochę odbiegający od całości: dzisiaj nie o odchudzaniu czy pielęgnacji. I mnie dopadło przeziębienie, co niestety spowodowało też brak chęci do ćwiczeń, trzymania diety czy dbania o siebie ponad to, co jest absolutnym minimum. Spędzam więc dzień względnie spokojnie i pomimo spaceru do apteki, dość leniwie.

Mówiąc szczerze, mam bardzo słabą odporność. Często choruję, prawie zawsze łapią mnie zatoki (nabawiłam się tego w liceum: mycie głowy rano przed samym wyjściem, wychodzenie z pół-mokrymi włosami bez czapki w zimie, ubieranie się nieodpowiednio do pogody...) i trochę się z tym męczę. Z racji tego, że wciąż karmię piersią, leki odpadają. To nawet lepiej, bo mam okazję zadbać o zdrowie naturalnymi metodami.


1. Syrop czosnkowy - z przepisu mojego dziadka. Wyciskamy czosnek, cytrynę, dodajemy trochę wody i soku malinowego (rzecz jasna własnej roboty), odstawiamy na trochę, odcedzamy, pijemy trzy razy dziennie po łyżce. Działa szybko i mocno, więc polecam każdemu. Tym razem jednak nie zdecydowałam się na niego, bo ostatnim  razem po wypiciu Amelia miała niechęć do mleka :). Trudno jej się dziwić, stężenie czosnku jest naprawdę wysokie. Przerzuciłam się więc na...


2. Prenalen - syrop na bazie czosnku i soku z malin, czyli właściwie to samo, ale jako gotowy lek. Dedykowany jest kobietom w ciąży i karmiącym, używałam go już kilka razy, kiedy podczas ciąży łapały mnie nieszczęsne zatoki i za każdym razem byłam z niego bardzo zadowolona. Przygotowany z całkowicie naturalnych składników.


3. Maść rozgrzewająca - ale nie w standardowym użyciu (mam na myśli: nasmaruj się, idź się "wypocić") tylko jako inhalator: smaruję niewielką ilość pod nosem i wdycham. Stuprocentowo ułatwia oddychanie, według mnie lepiej niż jakiekolwiek krople.


4. Wietrzenie mieszkania - bo nie ma nic gorszego niż siedzenie cały dzień, podczas choroby, w tym samym pokoju i tych samych zarazkach :). Przenoszę się po prostu do innego pokoju, szeroko otwieram okna i wietrzę cały pokój. O wiele przyjemniej się wtedy siedzi i mam pewność świeżego powietrza.


5. Gorąca herbata - ja to w ogóle jestem herbacianą kobietą :). Tak jak kawy nie trawię, tak herbatę mogłabym pić litrami. W czasie choroby decyduję się na zieloną korzystając z rady mamy - bo czarna herbata wysusza gardło i pogarsza tylko sytuację.


A Wy, jak radzicie sobie z przeziębieniem? :)

piątek, 30 listopada 2012

Plan pielęgnacji na grudzień: włosy

Listopad się kończy i zaczyna mój ukochany ze wszystkich miesięcy - grudzień :). Zebrałam dzisiaj do kupy moje wszystkie plany na najbliższy miesiąc, dotyczące pielęgnacji szeroko pojętej, czyli: włosy, cera, ciało. Zaczynając od mojego ulubionego tematu, czyli włosków - co zamierzam dla nich robić w grudniu:



Mycie: 
Zużyłam właśnie pierwszą butelkę szamponu Babydream dla dzieci, ale chyba z niego zrezygnuję. Trochę swędzi mnie głowa i myślę, że to on jest winowajcą - bo odżywki/maski/stylizatory zmieniam co mycie. Odstawiam i zobaczę, czy będzie różnica. Na grudzień zakupiłam Facelle - żel do higieny intymnej, wychwalany na wizażu i blogach włosomaniaczek. Mam nadzieję, że się sprawdzi. Szczerze mówiąc, nie przejmuję się zupełnie nazwą produktu - wolę popatrzeć na skład - więc nie mam jakiejś "wewnętrznej blokady" przed nim.
Raz w miesiącu dokładniejsze oczyszczanie szamponem z SLS - Naturia z bursztynem.
Raz na dwa tygodnie cukrowy peeling skóry głowy (łyżka cukru + dwie łyżki szamponu, delikatnie wmasować w skórę głowy, bardzo dokładnie spłukać: oczyszcza niesamowicie, uczucie świeżości jest nie do opisania!)

Odżywki d/s:
Kontynuować będę Garniera Avokado i Karite, który jest chyba moim numerem jeden spośród odżywek. Zapach cudowny, działanie nieziemskie. Na zmianę mam Alterrę Granat i Aloes, która jednak specjalnie nie skradła mojego serca... przyjemna, ale bez szału. Po każdym myciu, chyba że przyjdzie kolej na maskę.

Maski:
Raz na tydzień - Biovax do włosów zniszczonych, który uwielbiam całkowicie, na 30 minut pod czepek. Na zmianę z maską Alterry Granat i Aloes, zobaczymy czy poradzi sobie z włosami lepiej niż odżywka z tej serii.

Odżywki b/s:
Bez zmian: Joanna Naturia żółta i zielona na zmianę. Po każdym myciu, na jeszcze mokre włosy, tylko na długość. Połączone z ugniataniem.

Stylizatory:
Żel i pianka Isana TYLKO kiedy będzie to konieczne i TYLKO na włosy zabezpieczone żelem lnianym, który muszę ugotować. Grudzień ma być miesiącem regeneracji, chcę włosy odpowiednio nawilżyć i pomóc podnieść ich kondycję. Stylizacja więc jedynie na "wyjście". :)

Wcierki:
Przez pierwszy tydzień Jantar, kontynuując akcję zapuszczania. Następnie robię przerwę i przerzucam się na wodę brzozową, która stoi w szafce i czeka na swoją kolej, jeszcze nie sprawdzona.

Oleje:
Oliwka z Babydream na całą noc, co drugie mycie. Uwielbiam ten kosmetyk, jest niesamowity i wszechstronny. Chyba poświęcę mu nawet cały post :).

Inne:
Dam drugą szansę nafcie kosmetycznej, może w jakimś ciekawym połączeniu... Zamierzam też wypróbować olejek rycynowy, który podobno działa fenomenalnie. Mam też ochotę sprawdzić kozieradkę, według Anwen jest świetnym sposobem na wypadające włosy, co jest moim głównym problemem.


I tyle! Jak tak teraz patrzę... to wydaje się być tego dużo, ale przysięgam - wcale nie spędzam w łazience pół dnia zajmując się włosami :).

poniedziałek, 26 listopada 2012

Rozstępy cz.2 - porównanie kremów

Specjalnie dla mojej druhny, która poprosiła mnie o to porównanie :). Zebrałam się w końcu i porównałam kremy na rozstępy, jakie używałam do tej pory. Oczywiście całkowicie subiektywnie.

Pierwsza część wątku - TUTAJ.

AA ja & mama Krem przeciw rozstępom


Cena: ok. 35 zł, zależy gdzie traficie
Krem: lekki, przyjemny zapach, łatwo się wciera
Moja opinia: Pierwszy, jakiego używałam. Dostałam go w "prezencie" od mamy i smarowałam nim brzuch, uda i piersi od czwartego miesiąca ciąży. A rozstępy... i tak się pojawiły. Cóż, może gdybym go nie używała, byłoby ich więcej? Tego niestety nie jestem w stanie powiedzieć. Nie sądzę, żeby był wart swojej ceny. U mnie się nie sprawdził.




Eveline Slim Extreme 3D Serum intensywnie wyszczuplające

Cena: 15 zł
Krem: mnie zapach odrobinę drażnił, taki intensywnie ziołowy, zostawia efekt chłodzący
Moja opinia: Generalnie przeznaczony na cellulit, chociaż na opakowaniu widać również "zwalcza rozstępy". Zwalcza to naprawdę mocne słowo... :) Po zużyciu jednego opakowania zauważyłam różnicę, jeśli chodzi o rozstępy, chociaż nie była ogromna. Ale cellulit na pewno likwiduje (chociaż może to być też kwestia zmiany diety i ćwiczeń, jakie robiłam) i skóra jest po nim napięta.


Ziajka Krem przeciw rozstępom
Cena: ok. 10zł
Krem: lekki, łatwy do wtarcia, zapach bardzo delikatny,
Moja opinia: Na pewno nie na rozstępy. Nie zauważyłam żadnej redukcji, pozostały takie, jakie były wcześniej. Plus za to, że ładnie nawilża skórę i nie dość, że jest napięta, to bardzo ładnie pachnie - zapach długo utrzymuje się na skórze. Szkoda, że nie zadziałał w moim przypadku, bo używanie go było wielką przyjemnością :)






Perfecta Extra Slim Serum Przeciw Rozstępom

Cena: ok. 13 zł
Krem: ostry zapach, podobny do Eveline, pozostawia bardzo mocny efekt chłodzący
Moja opinia: Ze wszystkich tych, które wymieniłam, po zużyciu tego opakowania zauważyłam największe zmiany. Rozstępy zdecydowanie wyblakły, porównując je ze stanem z początku połogu. Używałam go jednak jako ostatniego, istnieje więc możliwość, że w redukcji tych podstępnych paseczków pomógł również czas. Używanie go nie było jednak specjalnie przyjemne, głównie przez ten zapach i naprawdę intensywny efekt chłodzący. Można mu to jednak wybaczyć za działanie :)


Podsumowując, jak już pisałam - nie wierzę w super środek, jeśli chodzi o rozstępy. Podstawą jest nawilżanie i regularność, jeśli ktoś zamierza smarować się raz na jakiś czas, niech nawet nie kupuje drogiego kremu, bo efektów nie będzie żadnych :). A jeśli znacie inny krem na rozstępy, który zadziałał u Was cuda - dajcie znać, chętnie przetestuję.

środa, 21 listopada 2012

Trzy tygodnie z CG - włosy przed i po

Tak jak obiecałam jakiś czas temu: znowu o włosach :).
Minęło mi trochę czasu, odkąd pielęgnuję kudełki zgodnie z zasadami CG i chciałam Wam pokazać pierwsze efekty. Bo moim zdaniem - warto. I wbrew pozorom, wcale nie spędzam na dbaniu o włosy całych godzin... mycie trwa tylko troszkę dłużej a nakładanie odżywek/masek nie jest takie uciążliwe!


Przed:
Włosy falują, ale bardzo delikatnie. Widać, że mają potencjał do lepszego kręcenia, niestety nie umiałam go to tej pory wykorzystywać. :) Zaraz po zrobieniu tego zdjęcia zaczęłam ten cały czar odpowiednich kosmetyków.


Po dwóch tygodniach:
Widać już różnicę - przede wszystkim, więcej drobnych "loczków". Poza tym zaczynają być przyjemniejsze w dotyku, falują od samej góry a nie tylko przy końcach. Po bokach robią się delikatne ruloniki.


I po trzech:
Jak widać, moje włoski mają różne dni i kaprysy. Tutaj pojedyncze pasma nie kręcą się prawie w ogóle a inne są jak sprężynki. Wszystko zależy od tego, jaki mają humor. :) Efekty jednak są i to mnie motywuje do dalszego dbania i pielęgnowania włosów.

A jak Wy myślicie - opłaca się poświęcać włosom więcej niż 15 minut dziennie?

sobota, 17 listopada 2012

Mój pierwszy raz... ze spinningiem


Dzisiaj rano nastąpiła mała zmiana planów... nastawiłam się na Zumbę, przygotowałam do zajęć a po rozmowie telefonicznej okazało się, że dzisiaj Zumba się nie odbędzie z powodu małej ilości chętnych. Miałam już rezygnować i zostać w domu, ale perspektywa godzinki relaksu była bardzo kusząca. Zdecydowałam więc wybrać się na spinning, który odbywał się o tej samej godzinie.


O co chodzi? Spinning to nic innego, jak kolarstwo halowe, czyli jazda na rowerze stacjonarnym. Zajęcia odbywają się w grupie, przy włączonej energetycznej muzyce (w centrum relax również przy zgaszonym świetle, co tworzy niezły klimat). Trening jest złożony i na pewno nie nudzi, instruktor poleca zwiększać lub zmniejszać opór w zależności od pokonywanej "trasy", jeździ się w różnym tempie i różnych pozycjach.

Przed zajęciami trener zebrał ode mnie wszystkie dane - wagę, wzrost, datę urodzenia i częstotliwość aktywności fizycznej w tygodniu. Przez cały trening dzięki podłączonemu pulsometrowi na ekranie mogliśmy kontrolować swój puls, oprócz samej jego wartości wyświetlał się również procent maksymalnej wartości tętna. Po skończonym treningu przyszła chwila na rozciąganie i podsumowanie całego treningu. Będąc już w domu otrzymałam nawet je na swój e-mail - udało mi się spalić 488 kcal. Na pierwszy raz to pewnie niezły wynik, koleżanki które chodzą tam już jakiś czas miały jednak dwa razy wyższy!

Jakie wrażenia? Zmęczona byłam szalenie, godzina jazdy w takim tempie jednak dała mi się we znaki :). Czekam na zakwasy jutro, ciekawe czy się pojawią. Polecam jednak każdemu spróbować, na pewno systematyczne ćwiczenia poprawiają kondycję, bo są naprawdę wymagające.
Zakupiłam karnet na fitness i będę regularnie chodzić co tydzień! Raczej wybiorę Zumbę, ale jeśli zajęcia będą odwołane... na pewno pójdę na spinning.

wtorek, 13 listopada 2012

Wyzwanie spacerowe


Postanowiłam postawić sobie nowe wyzwanie, rzecz jasna nie zapominając o tych, które już mam - konsekwentnie piję drożdże, gotuję nowe rzeczy (chociaż ostatnio też sprawdzone potrawy jak pierogi, gołąbki czy kotlety jajeczne). Mimo wszystko, wpadłam na zupełnie nowy pomysł:

Od dzisiaj do końca roku, będę próbować zrobić 100 km spacerując z Amelią w wózku.

Będzie to dla mnie naprawdę spory wyczyn, bo jestem typową chustową mamą i mała nie jest przyzwyczajona do dłuższych spacerów. Mam nadzieję, że dzięki temu nauczy się spać grzecznie w wózku jak wszystkie inne dzieci :). Dzięki temu zamierzam poznać też Oławę, bo mieszkam tu już sporo czasu i wciąż nie poznałam do końca tego miasta.
Poza tym zmotywuje mnie to też do dodatkowego ruchu. Ściągnęłam na telefon aplikację endomondo, kontroluję więc pokonany przeze mnie dystans.


Dzisiaj zrobiliśmy 3,46 km (właściwie trochę więcej, bo aplikacja mi trochę nawaliła) uzyskując średnią prędkość 4,5 km/h. Szalone tempo! :) Na dobry początek wystarczy.

Wczoraj robiłam moje pierwsze podejście do Skalpela Ewy Chodakowskiej. Wytrzymałam 15 minut a czuję się jak po godzinnym treningu! Jutro podejście numer dwa. Mam nadzieję, że tym razem pójdzie mi trochę lepiej, bo efekty tych ćwiczeń powalają mnie na kolana. Mam też w planach kolejny spacer, tym razem w drugą stronę Oławy i kontrolną wizytę u lekarza, gdzie dowiem się w końcu czy mogę bez żadnych obaw ćwiczyć już wszystko.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Kurczak w sosie curry | Zupa z groszku

Dzisiaj dwa przepisy, bo są dosyć krótkie i nie chciałabym się rozdrabniać. Tym bardziej, że ostatnio gotuję sporo nowych rzeczy i nie nadążam z wrzucaniem. Weekend z kolei minął mi pod znakiem pierogów, których nalepiłam ogromne ilości, ale ponieważ nie jest to dla mnie nic nowego, nie będę tutaj publikować. :)


Przepis pierwszy ekspresowy i najprostszy, jaki można sobie wyobrazić, ale wart wykonania. Tym bardziej, że do tej pory taki sos kupowałam gotowy w słoiczku a teraz mogę go zrobić w domu o wiele mniejszym kosztem a smakuje równie dobrze.

Składniki:
Filet z piersi kurczaka
1 łyżka keczupu
6 łyżek jogurtu naturalnego
curry
zioła prowansalskie



Przygotowanie: Pierś poddusić w garnku na małej ilości tłuszczu, posypując ją ziołami. Następnie zalać jogurtem, dołożyć keczup i pół opakowania przyprawy curry. Dokładnie wymieszać, gotować przez 2 minuty. Podawać z ryżem (idealnie pasują do tego również brokuły).

Wrażenia: sos jest niesamowity, idealny dla osób, które lubią orientalną kuchnię. Z resztą, samo curry... mmmm :)


___________________________________


Zupa "krem" z groszku - myślałam o tym już dawno, bo bardzo chciałam w końcu zrobić jakiś krem. Dla mnie zupa jarzynowa to ugotowane warzywa i troszkę wody, więc chciałam złamać w końcu tradycję. Wyszło... hmmm.

Składniki:
1 kostka rosołowa
1 puszka groszku
Śmietana i mąka do zabielenia
chleb

(ta biała plama na zdjęciu to śmietana, z której próbowałam zrobić te fantastyczne wzorki, jakie są we wszystkich zupach tego typu. Taaak, ale mi się udało...)
Przygotowanie: Do garnka nalać odpowiednią ilość wody, wrzucić kostkę rosołową. Po zagotowaniu wrzucić groszek, wymieszać. Gotować, aż groszek stanie się miękki. Następnie zabielić jak zwykle, zmiksować blenderem. Podawać z grzankami z chleba (idealne są z tostera, mogą być też smażone na zwykłej patelni).

Wrażenia: "a zupa była... za słona!" Każdy, kto chociaż raz jadł moje ziemniaki wie, że to fenomen, bo mam tendencję do niedosalania potraw. Zawsze wydaje mi się, że już je przesoliłam, tymczasem są niedosolone :). No cóż, nie tym razem! Niepotrzebnie sypałam dodatkową wegetę. Poza tym, nie mam blendera a rozdrabnianie groszku łyżką i trzepaczką nie dało pożądanego efektu. Zjeść się dało, ale w proporcjach trochę zupy:mnóstwo grzanek. Nigdy więcej :)


niedziela, 11 listopada 2012

Mój pierwszy raz... z Zumbą :)

Jak co tydzień, stanęłam na wadze. W piątek wieczorem pokazała ona tyle samo, co tydzień wcześniej - 54,8 kg, także mam mały przestój. Ale spokojnie, ruszę go, tym bardziej, że zamierzam zwiększyć aktywność fizyczną. Miałam też wrzucać przepis, bo ostatnio gotowałam mnóstwo nowych rzeczy, ale w międzyczasie udało mi się w końcu pójść na Zumbę i muszę coś o niej napisać :).


Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, o co chodzi: Zumba to taniec stanowiący połączenie elementów fitness, treningu siłowego i różnych rodzajów tańców latynoamerykańskich. Już wiele razy słyszałam o tym, jaka Zumba jest rewelacyjna i długo się przymierzałam do mojego pierwszego wyjścia do fitness klubu. Zabrałam ze sobą Anię S., która dzielnie mi towarzyszyła. Oczywiście, na początku się bałam, że nie dam rady i totalnie się ośmieszę, ale mięło jak tylko weszłyśmy na salę. I powiem tyle: ZUMBA JEST NIESAMOWITA!
Takiej radości z ruchu już dawno nie miałam :). Jest coś w tym, że po tych zajęciach wychodzi się z bananem na twarzy. Układy są świetne, a energetyczna muzyka pobudza do działania.
Mały przykład:

Polecam te zajęcia wszystkim mamom, bo taka godzinka oderwania się od obowiązków jest bardzo miła :). I każdemu, kto lubi się poruszać przy pozytywnej muzyce. Nie martwcie się, że nie dacie rady, ja nie zawsze nadążałam za każdym ruchem i trochę mi zajęło załapanie rytmu, ale spokojnie da się wszystko ogarnąć. W Oławie na Zumbę można iść do Centrum Relax, znajduje się przy ul.Lipowej. Jest tam również siłownia, na którą chciałabym się wybrać kiedyś w przyszłości - może się zmotywuję :). Dzięki mojemu kochanemu Karolkowi, zajęcia te staną się moim stałym punktem tygodnia - obiecał zająć się Amelią, kiedy będę chodzić na Zumbę.

To jak, widzimy się w sobotę o 11? :)