wtorek, 30 kwietnia 2013

Zmiany, zmiany...

... ostatnio strasznie ich dużo w moim życiu :).
Wyłączając te, które wprowadzam odnośnie żywienia i całego trybu życia, szykują mi się wkrótce jeszcze większe, którymi podekscytowana jestem niesamowicie. Dostanę kolejną szansę, żeby zacząć na nowo - taką białą kartkę, którą mogę zapisać jak tylko zechcę. Wszystko teraz zależy ode mnie! A ja nie zamierzam tej szansy zmarnować i będę pracować nad tym, żeby wykorzystać ją w stu procentach.
Jestem bardzo pozytywnie nastawiona.
Tym bardziej, że zauważyłam na sobie, jakie efekty dają regularne ćwiczenia i zdrowe odżywianie (z wpadkami, ale staram się bardzo mocno!). Na mierzenie przyjdzie czas w środę, wtedy też będę mogła porównać co i jak, ale widzę po sobie, że jest różnica. Brzuch mi maleje :). A chyba nic nie motywuje do pracy tak, jak zauważalne efekty!



Nie chcę się poddawać, nie chcę rezygnować. Chcę iść do przodu, starać się coraz bardziej i zrealizować swoje marzenia. Jasne, że nie zrobię tego w przeciągu miesiąca czy dwóch, ale w końcu zrobię!

Teraz mam przestój, bo po raz kolejny powrócił ból z bliźnie - tym razem z drugiej strony. Dzisiaj rano ledwo mogłam się wyprostować... a wczoraj wzięcie Melci na ręce było sporym wyczynem. Jestem wściekła niesamowicie, że po tym wszystkim nie mogłam normalnie urodzić. A decydowanie się na planowaną cesarkę bez medycznych wskazań, jedynie ze strachu przed bólem jest głupotą totalną.

Ponieważ nie ćwiczę, muszę starać się podwójnie, żeby nie zaliczyć wpadki w odżywianiu i nie zaprzepaścić moich ostatnich starań. Trzymam się też swojego postanowienia - nie jem słodyczy, nie piję gazowanego, nie słodzę herbaty.
 Chciałabym też w końcu dopracować swój jadłospis tak, żeby jeść odpowiednią ilość białka, tłuszczy i węglowodanów, jednocześnie jedząc zdrowo i smacznie, ale pojęcia nie mam, od czego zacząć. Wbrew pozorom nie jest to takie łatwe :). Wszelki rady w temacie są mile widziane!

środa, 24 kwietnia 2013

Jak się "zniszczyć" w dwóch krokach...

1. Włączyć na Youtube ZWOW 38.
2. Zrobić trzy serie bez żadnego odpoczynku, dając z siebie wszystko.

Pierwszy raz coś takiego czułam, serio. Te 15 minut z Zuzką dało mi bardziej w kość niż 40-sto minutowy skalpel Ewy Ch. Po skończeniu wszystkich ćwiczeń leżałam na podłodze i próbowałam złapać oddech, zastanawiając się gdzie ja w ogóle jestem i co właściwie się przed momentem stało.
Dla mnie - masakra totalna.
Zrozumiałam w końcu dziewczyny, które w swoich postach pisały "zrobiłam te i te ćwiczenia, po wszystkim byłam tak zmęczona, że nie mogłam stać na nogach, zrobiło mi się ciemno przed oczami i miałam ochotę zwymiotować... było super!". :) Mimo tego, że zmęczyłam się cholernie, nigdy nie czułam takiej satysfakcji i zadowolenia z siebie. Tym bardziej, że wszystko robiłam na 100%!

Zdecydowałam się też nie ułatwiać sobie ćwiczeń. Przeważnie pompki robię w wersji damskiej, z tego względu, że męskich zrobić nie umiem a ból w bliźnie wcale w tym nie pomaga. Dzisiaj jednak chciałam dać z siebie wszystko, dlatego próbowałam robić pompki męskie - opuszczając się tak nisko, jak tylko dałam radę, żeby móc się podnieść. To dla mnie i tak postęp, bo kiedy zaczynałam:
a) nie umiałam zrobić nawet damskiej pompki
b) jak już opuściłam się na rękach w wersji męskiej, nie potrafiłam podnieść się z powrotem
Jest postęp i to mnie cieszy :).


Wczorajszy dzień był swego rodzaju porażką pod względem dietetycznym - znów poległam przez przeklęte fast-foody, ale mój żołądek się zbuntował i wieczorem dobitnie zakomunikował mi, co sądzi o takim odżywianiu. Było mi tak niedobrze, że chyba odpuszczę sobie taką żywność na dłużej.
Jeśli chodzi o brak słodyczy i gazowanego, wciąż się trzymam :).

Z każdym dniem jestem coraz bliżej celu i sprawia mi to niesamowitą przyjemność.


piątek, 19 kwietnia 2013

Słodyczom i gazowanym napojom mówimy "pa, pa"!

Moja córeczka całkowicie się zgadza, oto jak się ładnie pożegnała: :)

video

Na mojej liście 101 rzeczy w 1001 dni jest punkt o powstrzymaniu się od jedzenia słodyczy przez miesiąc. To samo tyczy się również napoi gazowanych, fastfoodów i słodzenia herbaty. To ostatnie już wykonałam, 13 stycznia postanowiłam przestać słodzić i wytrzymałam w tym postanowieniu aż do dziś. Po miesiącu, kiedy pomyślałam, że mogłabym do herbaty dodać cukier, naszła mnie myśl, że przecież skoro wytrzymałam już tyle czasu, po co wracać do złych nawyków? I wciąż piję gorzką. Z fastfoodami było gorzej, po 22 dniach rzuciłam się na nie bez opamiętania (ale jeszcze kiedyś na pewno wrócę do tego punktu!)

Postanowiłam jednak wyeliminować ze swojego jadłospisu słodycze. Nie jestem ich specjalnym maniakiem, oczywiście co jakiś czas lubiłam zjeść sobie czekoladę, batonika czy chipsy, ale bez specjalnego parcia. Dlatego myślę, iż nie sprawi mi to większej trudności - a jeśli nawet, cóż: zawsze warto się starać. :) Do tego dokładam słodkie, gazowane napoje, bo to też kopalnia cukru i w zasadzie nic zdrowego.


Co jest dla mnie słodyczem = czego jeść nie będę:
* Cukierki, lizaki i cukier ogólnie,
* Orzeszki typu Nic Nac's,
* Batoniki, ciasteczka, czekolady,
* Żelki,
* Chipsy i chrupki,
* Ciasta z masą,
* Kupione lody,
+ wszystkie słodkie gazowane napoje (tak, nawet smakowe wody, które tak naprawdę są napojami)


Co nie jest słodyczem = na co mogę sobie pozwolić:
* Słodkie bułki, jeśli sama je upiekę (bądź zrobi to moja mama ^^),
* Domowy kisiel,
* Owoce mrożone i świeże,
* Chrupki kukurydziane bezsmakowe,
* Musy, koktalje owocowe - pod warunkiem niedodawania cukru i własnoręcznego wykonania,
* Lody - własnoręcznie robione i nie dosładzane,
+ soki, pod warunkiem, że nie zawierają syropów glukozowo-fruktozowych i innego świństwa, najlepiej takie robione w warunkach domowych :)

W pierwszym postanowieniu nie będę ich jeść do 17 maja, ale mówiąc szczerze, chciałabym je wyeliminować totalnie, na zawsze. Taka perspektywa jest jednak trochę przerażająca, więc póki co pozostanę przy wyznaczonym terminie i po jego upływie - zobaczymy. :)

środa, 17 kwietnia 2013

Kiełki - witaminowa bomba

Nigdy nie szalałam za tego typu jedzeniem. Parę lat temu moja mama kupiła kiełkownicę i wysiewała w niej różne nasionka, ale nigdy nie odważyłam się tego nawet spróbować. Było to dla mnie dziwne, odpychające i nie rozumiałam całego tego fenomenu.
Ciężko mi powiedzieć, co sprawiło, że zmieniłam zdanie... gdzieś na blogach zaczął pojawiać się temat kiełek, wszyscy zachwalali, w końcu w sklepie zobaczyłam kiełki brokuła (który jest nawiasem mówiąc moim ulubionym warzywem) i to przesądziło sprawę. Pożyczyłam od mamy kiełkownicę, wyedukowałam się za pomocą internetu i zabrałam się za hodowlę. Zaczęłam jakiś czas temu, miałam już za sobą kilka różnych zbiorów i mogę powiedzieć z czystym sumieniem - KIEŁKI UWIELBIAM.

od góry: rzeżucha, fasola mung, lucerna
Jak to się robi?
Kiełkownica, którą posiadam jest trzypoziomowa, posiada też odpływy, dzieki czemu wystarczy podlać tylko górną warstwę a reszta nawadniana jest automatycznie. W dolnym pojemniku zbiera się woda, którą trzeba od razu zlać - ja zgodnie z zaleceniem używam jej do podlewania kwiatków i mojego ogródka (widzę po bazylii, że rośnie jak szalona... reszta też!). Czytałam trochę złych opinii na temat takiej kiełkownicy, że pleśnieje, że się zaparza... no cóż, ja tego nie zauważyłam. U mnie wszystkie nasionka pięknie kiełkują i nie mam z nimi żadnego problemu.
Nasiona przed wysiewem najlepiej zamoczyć. Ja zalewam je 0,5l wody i ostawiam np. na noc, następnie nasionka razem z wodą wylewam na górny poziom, jednocześnie podlewając resztę. Kiełki przepłukuję dwa razy dziennie, chociaż podobno częstotliwość powinna zależeć od rodzaju nasion.

Co dalej?
Obserwujemy, jak nasionka wspaniale wzrastają :). Gotowe są już po kilku dniach, wystarczy je ostrożnie zebrać i dokładnie przepłukać, żeby usunąć skorupki nasion. Wystarczy durszlak i bieżąca woda z kranu. Kiełki najlepiej jeść na świeżo, ale można je też przechowywać w lodówce, po uprzednim dokładnym wysuszeniu. Ja mam w lodówce całą kolekcję w pojemniczkach!

Okej, ale... z czym to się je?
W tym momencie mogę powiedzieć, że ze wszystkim :D. Kiełki to idealny dodatek do kanapek, sałatek, twarogu, jajecznicy, ja wrzucam je na talerz jako dodatek do obiadu i jadłam nawet owsiankę z nimi! Możliwości jest całe mnóstwo tak jak i rodzajów nasionek, dzięki czemu każdy może wybrać coś dla siebie. Mnie najbardziej smakuje lucerna, czasem nawet w ciągu dnia podchodzę do lodówki i przegryzam bez niczego. Do fasoli mung na surowo nie jestem przekonana, ale spróbuję jeszcze wersję z patelni.

Rzeżucha!
Dlaczego warto?
Kiełki zawierają więcej składników odżywczych, niż normalna roślina. Są bogate w przeróżne witaminy i minerały, zapobiegają nowotworom, wzmacniają organizm, poprawiają wygląd skóry, włosów i paznokci... nie będę się powtarzać, jeśli kogoś interesuje co może uzyskać decydując się na jedzenie kiełków, zapraszam TUTAJ. W mojej sytuacji (karmiąca mama) najbardziej polecana jest właśnie wspomniana wyżej lucerna, powinny ją też spożywać szczególnie kobiety w ciąży, w okresie menopauzy i narzekające na słabą odporność. Ot, idealne dla wiecznie chorej Madzi. :)

Cieszę się, że się przełamałam. W tym momencie wysiane mam kiełki rzodkiewki (smakuje bardzo podobnie do normalnej rzodkiewki a jest o wiele zdrowsza!), ukochanej lucerny (według mnie jest jak świeży, zielony groszek prosto ze strączka) i brokuła, którego jeszcze nie miałam okazji spróbować, ale nie mogę się doczekać. Za rzeżuchą specjalnie nie szaleję, ale wysiewam z myślą o Moim Mężczyźnie, który razem ze mną musi przechodzić przez wszystkie moje pomysły na zmiany w żywieniu. Zarzekał się, że "trawy jeść nie będzie", ale jednak dorzucam tą "trawę" do kanapek, na omlet, czy do obiadu i je bez narzekania. Poza tym, lucernę w małych ilościach dawałam też Amelci razem z ziemniakami. Jadła je z wielką chęcią! I bardzo dobrze, wszyscy na tym skorzystamy. :)

Zabieram się też za rewolucję w żywieniu, bardzo dużo ostatnio na ten temat czytam i od dzisiaj - czyli 17 kwietnia 2013 nie jem żadnych słodyczy. Kciuki się przydadzą. :)

niedziela, 7 kwietnia 2013

Mój pierwszy raz... z Zuzka Light

Zachęcona wieloma pozytywnymi opiniami na temat jej treningów, głównie dzięki Niebiesko-szarej, zdecydowałam się sprawdzić, czy treningi Zuzki są dla mnie.
Trochę poczytałam, przejrzałam i na początek wybrałam ZWOW#44. Pożyczyłam też hantelki od brata, o niesamowitej wadze 1kg, żeby sprawdzić swoje możliwości i nie przesadzić.

Co do samej Zuzki, nie będę się rozpisywać... jej przeszłość trochę mnie zaskoczyła, ale nie wpływa to w żaden sposób na fakt tego, czy będę z nią ćwiczyć. Wielu osobom przeszkadzają jej odgłosy - nie słyszałam, bo ją zagłuszyłam :D. Jedyne, co mnie na początku denerwowało, to jej akcent, ale można go spokojnie przeżyć. 

Trening w skrócie:

Krótka rozgrzewka, hantla w dłoń i zaczynamy!

Moje wrażenia? To z pewnością nie jest nasz ostatni raz ;). 1kg okazało się być niewielkim obciążeniem, chyba się nie doceniłam :). Ale zawsze lepsze to, niż nic. Następnym razem wezmę większe. Dwie serie wykonałam w podobnym czasie jak Zuzka, pod koniec zawiesił mi się filmik i już jechałam z pamięci, żeby nie przerywać. Pompki robiłam jak paralita, pewnie niektóre rzeczy też nie były wykonywane idealnie, ale dałam radę! Po ZWOWie zrobiłam jeszcze 5 serii przysiadów zamiennie z twisterem i byłam zniszczona. Oraz szalenie szczęśliwa. :)

Trening okazał się idealny pod tym względem, że nie obciążał dolnej brzucha, a jak wiecie, uważam na to. Mimo, że to piętnaście minut, zadyszkę złapałam. Polecam każdemu, naprawdę, szczególnie jeśli komuś brak czasu na godzinne treningi. Jak to mówią:  krótko, zwięźle i na temat. :)

PS Zastanawiam się, co będzie jutro... dzisiaj już ledwo kucam, uda mnie dobijają. Pewnie nawet z łóżka nie będę mogła wstać. :D

piątek, 5 kwietnia 2013

Nie tylko biedronkowy haul kosmetyczny :)

Cześć wszystkim :).
Nowa gazetka biedronki zdecydowanie przypadła mi do gustu, znalazło się tam mnóstwo produktów, na które, moim zdaniem warto zwrócić uwagę. Poza tym, wreszcie doczekałam się listonosza z przesyłką z allegro, na której mi tak bardzo zależało.

Zakupy chyba każdej kobiecie poprawiają humor :). Przyznam się, że tego potrzebowałam, bo dobija mnie moje przeziębienie po raz kolejny... Mam dosyć chorowania! Bywają takie miesiące, gdzie zdrowa jestem zaledwie tydzień, to zaczyna się robić wręcz żałosne. Wyczytałam na blogu którejś z Was, że jedzenie jednego jabłka dziennie skutecznie zwiększa odporność, zdecydowałam się więc spróbować.
A co do zakupów, przechodząc do szczegółów:

 Wzięłam trzy żele do mycia twarzy z bebeauty - nawilżający, peelingujący i micelarny. Każdy z nich kosztował zawrotne 4,99zł. Opinie mają fantastyczne, kiedyś używałam ich u mamy i się sprawdzały, zdecydowałam się więc kupić wszystkie rodzaje. Widziałam też, że biedronka wprowadziła nową wersję tych żeli, nie wiem, czy różnią się składem, czy tylko szatą graficzną :) - wolałam jednak wziąć te stare, sprawdzone. Tym bardziej, że lubię przeźroczyste opakowania.

Płyn micelarny z biedro używam już od jakiegoś czasu i jestem w nim zakochana, wzięłam więc dwa na zapas, w razie gdyby mieli je wycofać - nie wiem, jakbym to przeżyła. Kosztują 4,99zł. Używam ich jako tonik i do demakijażu. Poza tym, kupiłam żel do higieny intymnej za 2,99zł, o którym też dużo dobrego słyszałam i płatki kosmetyczne - trzy sztuki za 5,55zł. Odkąd regularnie zmywam makijaż i tonizuję cerę, dużo ich schodzi. Gdzieś po drodze zapomniałam jeszcze sfotografować olej lniany - kupiłam do z myślą o olejowaniu włosów. Jesteśmy dopiero po jednym razie, jak zauważę jakieś efekty, dam znać. Kosztował 13,99zł.

Zdecydowałam się też na odżywkę do rzęs. Nigdy specjalnie na nie nie narzekałam, ale chcę sprawdzić, czy coś jeszcze da się z nich wycisnąć :). Będę nakładać ją rano i wieczorem, zrobię też zdjęcia porównawcze i przekonamy się, czy faktycznie jest taka, jak mówią opinie. 
Wszystkie powyższe rzeczy kupiłam w biedronce, pozostałe - już na allegro. Wzięłam korektor i eyeliner, przyznam szczerze, że nawet nie szukałam na ich temat opinii, po prostu wybrałam pierwsze lepsze. Kreski rysować nie potrafię, chciałam więc poćwiczyć na czymś niedrogim, żeby w razie niepowodzeń nie żałować. :) Do tego temperówka, bo mam całą masę kredek do oczu, których nie używam, bo są za grube do temperówki, którą posiadam.

I na koniec - paletki Technic, które wzięłam pod wpływem recenzji koleżanki (TUTAJ). Z trzech wersji kolorystycznych wybrałam fiolety i tą różnokolorową. Jestem szalenie z nich zadowolona, bo cienie są bardzo różnorodne i niedrogie - 9,99zł za sztukę. Idealne do nauki makijażu. Użyłam ich już raz, próbując coś tam zrobić, ale moja wiedza w tym temacie jest naprawdę ograniczona. Generalnie, mój makijaż składał się z podkładu i tuszu, ale staram się to zmienić, dlatego dużo czytam, oglądam i próbuję. Poniżej zdjęcie tego, co zrobiłam ze swoimi oczami. Wiem, że nijak się to ma w porównaniu z makijażami, które krażą po blogspocie, ale naprawdę chciałabym się podszkolić, dlatego proszę o wszelki uwagi, poprawki, co powinnam zmienić i czego nie robić... wszystkie rady wezmę do siebie!

 Miłego dnia! :)




czwartek, 4 kwietnia 2013

Włosy w marcu / plan intensywnego zapuszczania

Hej!
Lutowej aktualizacji włosów nie było, bo nie miałam zupełnie do tego głowy, ale nie ma czego żałować. Szału nie było :). Zauważyłam tylko znacznie ograniczone przetłuszczanie się - wystarczyło mi mycie co 3, nawet 4 dni a to ogromny sukces! W czasach liceum musiałam je myć codziennie. Muszę się Wam pochwalić, że nawet moja mama, która zarzekała się żarliwie, że włosy musi myć codziennie rano, bo inaczej są tragiczne, może myć je co dwa dni! Chyba przygotuję na ten temat osobną notkę ;)
W każdym razie, wracając do tematu. Przez długi czas nie nakładałam olejów, nie stosowałam wcierek - moja pielęgnacja ograniczała się do mycia i odzywki po. Czasami nawet ich nie odżywiałam, gdy nie było czasu. Niestety, widać było, że taka pielęgnacja nie przypadła im do gustu. Zaczęłam naprawiać więc swoje błędy :).

Czas na zdjęcie włosów! :D Pierwsze zdjęcie robione jest bez lampy, bez jakiejkolwiek stylizacji - ot, gołe i wesołe. Drugie już po rozczesaniu, z lampą.


Mój aparat się kończy :(



Nie potrafię ich opanować, robią co chcą :D.
Muszę też w najbliższym czasie znów pofarbować włosy henną, bo widać odrosty i gdzieniegdzie przebijają się moje blond pasemka z sierpniowego balejażu.

Co do drugiej części tematu: jak już wspominałam, w sierpniu biorę ślub. Do tego czasu chciałabym zapuścić dość długie włosy, żeby można było wyczarować z nich fantastyczną fryzurę. Poza tym, na pewno będę musiała podciąć końcówki, muszę więc mieć jakiś zapas. Zauważyłam już, że moje włosy potrafią szybko rosnąć, oczywiście w odpowiednich warunkach. Moim sposobem numer jeden jest olejek khadi. Nakładałam go tylko na skalp, na całą noc. Spowodował wręcz wysyp babyhair! I żeby nie było, że przesadzam, zobaczcie co obecnie mam nad czołem:


Pojawiły się w okolicach stycznia, po miesiącu używania olejku i rosną niesamowicie. Wyglądam jakbym miała niedorobioną grzywkę a przecież to całkowicie nowe włoski :). Jestem z nich bardzo zadowolona, mimo że utrudniają czesanie.

Szczegółowy plan zapuszczania wygląda tak:
* Olejek Khadi obowiązkowo przed każdym myciem na skórę głowy, na całą noc.
* Rano, w dni kiedy nie myję głowy, Jantar jako wcierka. Nie mogę używać go codziennie, bo trochę mi przetłuszcza włosy.
* Po skończeniu Jantaru, nieszczęsna woda brzozowa, której jeszcze nie sprawdziłam, w takim samym użyciu.
* Codziennie siemię lniane: w postaci oleju, kiełek lub nasion... Muszę sprawdzić, co najlepiej będzie mi smakować.
* W maju zrobię miesięczną kurację drożdżową. Będę mieć czas, żeby do sierpnia pozbyć się wyspu, bo niestety taki jest efekt uboczny.

I tyle. Myślę, że taki zestaw się sprawdzi. Brakuje mi tylko suplementów, ale wciąż karmię piersią, więc nie mogę niczego przyjmować. Do ślubu zostały mi 4 pełne miesiące, w tempie 2cm/msc powinnam mieć około 8 cm więcej. Z trzy trzeba będzie podciąć... myślę, że taka długość będzie okej, chociaż oczywiście po weselu zapuszczanie będę kontynuować, ale bez takiego "parcia". Chcę je zapuścić tak, żeby nie były zapuszczone - przede wszystkim, mają być zdrowe i piękne. Nic na siłę :).


Na koniec, kilka fryzur ślubnych, które mnie oczarowały:
fantastyczne, takie naturalne

środa, 3 kwietnia 2013

Przysiady, skakanka i twister

Cześć! :)
Myślałam o skasowaniu tego bloga, czy nawet porzuceniu go, bo mało mam czasu na pisanie regularnych notek. Z jednej strony, głupio tak ciągle się tłumaczyć z długiej nieobecności, ale z drugiej... blog dawał mi ogromną motywację do zmian, zdecydowałam się, że na tyle, ile mogę, będę starała się pisać. Motywować siebie i innych, szukać nowych pomysłów i inspiracji!
Byłam u lekarza, skontrolować swoją pocesarkową bliznę i otrzymałam dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobra jest taka, że po dokładnych badaniach pani doktor stwierdziła, że wszystko u mnie w porządku. Zła, że skoro mnie boli, to pewnie zrosty, z którymi nic zrobić się nie da. Będą i już. A skoro będą one, będzie bolało, więc w kwestii ćwiczeń - trzeba po prostu obserwować siebie i odpuszczać, kiedy zaboli. Innego wyjścia nie ma.
Dlatego znów powracam do aktywności fizycznej, tym razem nie szalejąc ze skalpelem Ewy Ch. dzień w dzień, ale nieco spokojniej, aby poznać możliwości mojego organizmu. Jak w tytule - wybrałam trzy rodzaje ćwiczeń, które specjalnie nie forsują brzucha a dają zadowalające efekty.


Przysiady
Na początku zaczęłam tak po prostu, bez żadnego plany, ale znalazłam w internecie coś nazwanego "Program 300 przysiadów" i zdecydowałam się podjąć wyzwanie.
Nie będę się wdawać w szczegóły, jeśli kogoś interesują dokładne zasady, zapraszam na stronę, wszystko jest dokładnie wyjaśnione. W wielkim skrócie: wykonuje się test, sprawdzając jaką ilość przysiadów jesteśmy w stanie wykonać w jednej serii i to decyduje o poziomie trudności, który wybieramy. Każdy poziom na inną liczbę powtórzeń w serii, zwiększając stopniowo ilość przysiadów.
Generalnie, test powinno się wykonywać po dniu przerwy, ja z kolei wczoraj zrobiłam 70 przysiadów, ale na prawdę, nie chciało mi się czekać :). Udało mi się zrobić 51, zaczynam się od tego poziomu trudności.

Skakanka
Przyjemny spalacz tłuszczu :). Tutaj podobnie, na początku po prostu skakałam tak o, bez wyznaczonego planu, ale to w moim przypadku nie zdaje egzaminu. Muszę mieć wszystko dokładnie zaplanowane. Zdecydowałam się więc skakać co drugi dzień (zamiennie z przysiadami), w 5 seriach po 2 minuty z 60 sekundowym odpoczynkiem. Stopniowo będę wydłużać długość serii, cały czas obserwując reakcję organizmu.

Twister
Codziennie. 5 serii po minutę kręcenia, po dwóch dniach zwiększam ilość minut tak, aby nie odczuwać bólu (teraz bardzo szybko łapie mnie ból brzucha, mam nadzieję, że jakoś to rozćwiczę).
Nie jestem żadnym specjalistą w układaniu treningów, więc jeśli ktoś z Was posiada większe doświadczenie, chętnie posłucham, czy taki zestaw jest w porządku oraz czy należałoby coś zmienić. Wszystkie rady są mile widziane!


Poza tym, chcę się też skupić na tym, aby faktycznie realizować w pełni nazwę mojego bloga, z naciskiem na pierwszy wyraz :). Nie tylko zdrowy tryb życia, ładna sylwetka, ale również piękno. Wewnętrzne i zewnętrzne. O tym, co będę robić w tym kierunku - w następnych postach. Będzie też o włosach, których dawno nie pokazywałam (a fotki włosów to to, co lubię najbardziej :D) i o pozytywnym myśleniu.


Znowu chce mi się chcieć :))